Pod Mellechowiczem, jadącym na czele Lipków, związał się koń na pochyłości jaru i zwalił się na dno kamieniste nie bez szwanku dla jeźdźca, który tak silnie rozciął sobie sam wierzch głowy, że aż przytomność na czas pewien go odbiegła
Hetman chodził czas jakiś szybkimi krokami po izbie, następnie zatrzymał się przed małym rycerzem. Jezu, co ja jej powiem, żeby jej serce poruszyć?... Niech mnie piorun trzaśnie, jeślibym tego nie zrobił! moi mości panowie! Dziwno mi to, że on, będąc Tuhaj-bejowym szczenięciem, do Krymu nie zbiegł. Cudze pole Tu zwrócił się do pani Boskiej: - Prędka, jako waćpani widzisz, u mojej żony rezolucja. Przez całe dziesiątki lat spokoju nie zaznał; żył w ogniu, w dymach, w trudzie, w bezsenności, głodzie, bez dachu nad głową, bez garści słomy do snu. Na to tamci uściskali się zaraz, po czym Basia rzekła: - A teraz mówmy o Azji i o Ewuni, jak by im pomóc. Blisko już Kamieńca skusiła ich nadzieja bogatego za Azję okupu.
Bez woli bożej włos mi nie spadnie... Ale włosy miała, widocznie po chorobie, obcięte i w złotą siatkę schowane. Nie bój się! On we mnie ufność ma. A ty za kim myślisz dać kreskę? - Sam jeszcze nie wiem, jeno tak myślę, że wojennego potrzeba nam pana. ks. Piotr Pawlukiewicz Migdał, powiadam, migdał! Wołodyjowski posmutniał nagle, bo mu się przypomniały przezwiska, jakie pan Zagłoba Anusi Borzobohatej dawał. Odtąd przy każdej krynicy zatrzymywała pochód i własnymi rękoma obwiązywała mu głowę szmatami zmaczanymi w zimnej, źródlanej wodzie. - Zakonotowałem! - rzekł Zagłoba.
Pan Wołodyjowski spojrzał i rzekł: - Tędy Motowidło przechodził. Ketling nie zrozumiał, ale nie śmiał się tej intencji sprzeciwić, więc pełen oczekiwania, niepokoju, klęknął przy niej i znów się poczęli modlić. Alebym go był poznał, bo miał nad każdą piersią rybę wykłutą i siną barwą napuszczoną. Pan Wołodyjowski nie próżnował w swojej stanicy, a i ludzie jego żyli w ustawicznej pracy. Byli ciągle ze sobą: klękali obok siebie w kościołach, głosy ich mieszały się w modlitwie i śpiewach pobożnych. Waldemar Łysiak Oparła się wprawdzie tej chęci, lecz i tak machała szabelką trochę na oślep. - Zdrada tak jawna, że i pomyłki być nie może.
A tamci gnali, gnali, jak szarak, który czuje psy za sobą. Konwój pozostał teraz w tyle, a na przodku jechała Basia mając z jednej strony męża, a z drugiej pana Zagłobę. Tymczasem ujrzały przed sobą drobnego żołnierzyka z twarzą uprzejmą, pogodną - i również drobną a różową jak kukłeczka kobiecinkę, która w swych szerokich szarawarach i przy szabelce wyglądała raczej na urodziwe nad miarę pacholę niż na dorosłą osobę. Mellechowicza przy czytaniu listu nie było, gdyż oddawszy go wyszedł zaraz niby na ludzi spojrzeć, a w gruncie rzeczy z obawy, by mu do czeladnej odejść nie kazano. John Eldredge Mały rycerz rzeczywiście ruszał wąsikami, ażeby sobie dodać fantazji, a zarazem zmieszanie pokryć, wreszcie chcąc zwrócić rozmowę na co innego rzekł: - A tak i nie wiesz, czy Azja w Nowowiejskiej rozkochan? - Czekajcie, wezmę ja go na cztery oczy i wypytam. - Co się z tym borem stało? - pytała pana Zagłoby Basia. - Więc śmielej już spytam, o czym była rozmowa? - O amorach! - wykrzyknęła bez namysłu Basia.
Lipkom przewodził setnik Azja Mellechowicz, który się z Tatarów litewskich wyprowadzał, człek bardzo młody, bo ledwie dwadzieścia kilka lat wieku liczący. - Ale waszej mości - rzekł zwracając się do małego rycerza pan Motowidło - całkowita względem Mellechowicza przysługuje inkwizycja, gdyż on nigdy towarzyszem nie był. - Korzę się przed rozumem twoim, effendi - odrzekł Halim - lecz co będzie, jeśli Allach odejmie Wielkiemu Lwu światło lub jeśli szatan tak pychą go oślepi, że twoje zamysły odrzuci? Azja przysunął swoją dziką twarz do ucha Halima i szeptać począł: - Ty teraz zostań tu, póki odpowiedź od hetmana nie przyjdzie, a i ja się wcześniej do Raszkowa nie ruszę. Przypadki księdza Grosera - Koń od owych wystrzałów jeden postrzelon i zbója wzięliśmy żywcem - wtrącił Mellechowicz. Krzysia instynktem niewieścim odgadła natychmiast, że w panu Michale dokonywa się jakaś przemiana. - Tego on nie uczyni - odparł Wołodyjowski - bo to, co rzekł, że tę ojczyznę i hetmana miłuje, to prawda: inaczej by nie służył między nami, mogąc do Krymu iść i tam we wszystko opływać. - Trzeba - mówiła - abyśmy oboje z Michałem na pierwszą niebezpieczną ekspedycję umyślnie z nim pojechali, bo tym sposobem najlepiej mu ufność okażem.
- Niechże i tak będzie! Ha! słyszę już ich z bliska. - Nie chciałże on pana Boskiego wydać? - Było rozkazanie chanowe, żeby tatusia wydał, ale Murza-bej, srogi, okrutny, tatusia ukrył, a panu Piotrowiczowi powiedział, że go już dawno do Azji przedał. - O! toś w sedno utrafił! - odrzekł Zagłoba - widać, że ci się tam na świeżych trawach i dowcip odpasł, bo dawniej nie był taki rączy. Ułożyliśmy z nią istotnie, żeby rzecz w tajemnicy została, więc to słuszne, że dziewka mogła jeno dla pozoru o habicie mówić... - Mnie on i od rodzonego bliższy, tym bardziej że rodzonego nigdy nie miałem. - Nie masz nad stan żołnierski! „Ci z Doroszeńkowej hassy (czytał dalej Zagłoba) radzi by z nami pohałasować, ale im bez ordy nijak. Pan Motowidło i Mellechowicz będą od północka gotowi.