Krzysiu! Poznaj waćpanna dworskie obyczaje!..

Ledwie dostrzegalny ciemny puszek pokrywał jej wierzchnią wargę, uwydatniając usta słodkie a ponętne, jakby trochę do pocałunku złożone. Ci gdy zaczynali opowiadać, a gęsto słowami rzucać, widziało się w ich opowiadaniach cały ów świat wschodni: Bachczysaraj i Stambuł, i minarety, i świątynie fałszywego proroka, i błękitne wody Bosforu, i fontanny, i dwór sułtański, i mrowia ludzkie w kamiennym grodzie, i wojska, i janczarów, i derwiszów, i tę całą szarańczę straszną, a jak tęcza świecącą, przed którą ruskie krainy, a za nimi wszystkie krzyże i kościoły w całej Europie osłaniała skrwawionymi piersiami Rzeczpospolita. daj ci Boże, Krzysiu, szczęście z Ketlingiem!... Dzikie serce Mówiąc do niej schylał głowę i zasuwał za siebie jedną nogę, jakby na znak, że przyklęknąć w każdej chwili gotów; mówił zaś z powagą, nigdy żartobliwie, chociaż na przykład z Baśką rad żartował. Ketling wziął jej rękę, przyłożył ją sobie do rozpalonego czoła, potem do ust, do których przyciskał ją długo i z całej mocy, wreszcie ozwał się głosem pełnym śmiertelnego smutku i rezygnacji: - Nie masz dla mnie pociechy ni zapomnienia!.. Wybiegła służba z panem Zagłobą na czele, który przyskoczywszy do wasągu i ujrzawszy trzy niewiasty spytał zaraz: - W którejże z pań mam zaszczyt powitać osobliwą moją dobrodziejkę, a zarazem siostrę mego najlepszego przyjaciela, Michała? - Jam jest! - odrzekła pani stolnikowa. Przecie on wszystko przewidział, przecie on z góry przepowiedział: co to jest z białogłowami w „amicycję” wchodzić... To powiadam ci, że kiedym przy niej podczas wieczerzy siedział, tak mnie od niej piekło jak od piecyka.

Sokole oczy jego objęły ją całą w jednej chwili, bacząc, czy nie dojrzą gdzie krwi, potem błyskawicą padły na mchy. - Tak jest! - powtórzył mały rycerz. Nagle rozległ się żałośny jęk cięciwy, niby świegot jaskółki, i strzała wybiegłszy znikła pod stadem. Ten przywiózł list od małego rycerza, który pisał do żony, co następuje: „Sercem ukochana Baśko! Jużże przyjeżdżaj, bo bez ciebie jako bez chleba i jeśli do tego czasu nie uschnę, to ci on różany pysio ze szczętem zacałuję. Jacek Pulikowski - Ba! kto im rozkaże wrócić do Rzeczypospolitej? - Ja! - Jakże to! - Tuhaj-bejowym jestem synem! - Mój Azja! - rzekł po chwili pan Bogusz - nie neguję, że oni mogą się w twojej krwi i sławie Tuhaj-bejowej kochać, chociaż oni są nasi Tatarzy, a Tuhaj-bej był naszym wrogiem. Dla nas kilka izb w osobnym domie. Oni też się dziwili jej postaci; pan Zagłoba z panem Muszalskim szturchali się łokciami, całując od czasu do czasu każdy swoją pięść na znak nadzwyczajnego dla Basi uwielbienia, obaj zaś wraz z Wołodyjowskim uspokajali jej obawy co do spóźnionego wyjazdu. Krzysia wróciła dopiero w południe, a wróciwszy znalazła znamienitego gościa: był to ksiądz podkanclerzy Olszowski.

Widok białogłów w pustynnym i dzikim Chreptiowie uradował, ale jeszcze więcej zdziwił żołnierzy. - Ostawcie mnie w spokoju!... Oho! ani mi się śniło. Jakieś głosy dały się słyszeć w sieni i po chwili do komnaty wpadła jak huragan Basia z tak zmienioną twarzą, jak gdyby ujrzała widmo. - Wypadł od jej ciała na sień, z sieni na podwórzec i taczał się jak pijany. Przypadki księdza Grosera - Nie, Michale, teraz mi nie pora, ale za to przyrzekam ci, że jeśli się z jaką panną majętność na Rusi mającą ożenisz, tedy cię tam odprowadzę i na instalacji waszej będę... Brał go żal i wstyd niezmierny, i pogarda dla samego siebie. Krzysia uczyniła zadość żądaniu rycerza, a ten znów rzekł: - Ilekroć będziemy sam na sam, mów mi po imieniu.

- Nie będę dziś wcale spała! - rzekła sobie Krzysia. Pod wieczór łuby były gotowe, tak że od biedy można było tegoż samego dnia wyruszyć. - Jeno że wprawy trochę mam - odrzekł uśmiechając się Wołodyjowski. Zagłoba podniósł połę od kontusza do oczu i ślochać począł. Urzekająca - I u sułtana zostaną? - Nie. Wzięli się tedy w objęcia, a przez ten czas panna starała się ochłonąć i zarazem spojrzeć dwa lub trzy razy na młodego rycerza. I dopiero gdy on po pannę Borzobohatą na Żmudź jechał, nadeszła chwila separationis; któż by się spodziewał, że najlepsze jego nadzieje tak prędko przeminą jako strzała na powietrzu? - Nic stałego na tym padole płaczu nie masz - odpowiedział Zagłoba. - Słuchajże, frater.

Wiem jeno, że broń Boże zapamiętania, broń Boże choroby, która często z desperacją idzie w parze, sam on tam będzie, bez pomocy, bez krewnego, bez przyjaciela, bez pociechy. Wnet otoczyły Basię tłumy twarzy wąsatych, groźnych, nieco dzikich, ale rozpromienionych radością. „Kędyż zapłyniesz, skołatana ojczyzny nawo?” - powtarzał coraz częściej ksiądz Olszowski, ale on sam prywatę miał w sercu; o sobie i potędze domów własnych myślało tylko zepsute, z małymi wyjątkami, do szpiku kości możnowładztwo, gotowe w każdej chwili wzniecić wichurę wojny domowej. Bogaty ojciec biedny ojciec Tylko pozwól sobie powiedzieć, żem cię za stateczniejszego uważał kawalera. Dojechawszy do półkępy, poczęli iść prędzej lekkim cwałem. Więc przez chwilę spoglądała ze zdumieniem to w dół, to na małego rycerza, nagle policzki jej zapałały ogniście i za szyję chwyciła męża. - Dla Boga! - rzekł pan Zagłoba - przecie ja także gość, ale jeżeli to życzenie multyplikacji i do mnie się stosuje, tedy niech mnie krucy zdziobią, jeżeli wiem, co mam z nim robić. Pan Zagłoba najbardziej rad polował z sokoły, których kilka par, bardzo doskonałych, mieli ze sobą oficerowie.

Dla Boga! panna Krzysia tu jest! Przepraszam waćpannę, ale niech temu oczy wylezą, kto wam gładkości zaprzeczy, a na waćpaninej już się ten kawaler poznać musiał. Wrócę kiedyś, jeśli będę mógł; zostanę tam na zawsze, jeśli będę musiał. Dziki rumak począł zaraz przysiadać na zadzie, tupać i tulić uszy. - Panie Michale! - zawołała nagle Krzysia. Czekaj tu waść, jeno się przebiorę w stare szatki, bo w habicie na świat wyjść nie wolno... - Słuchajże, frater. Waszmościowie wiecie, jakie to były czasy. Lecz opamiętał się.

On leżał czas jakiś z zamkniętymi oczyma, w końcu jednak otworzył je, a gdy pochylona nad nim Basia poczęła wypytywać, jak mu jest, zamiast odpowiedzi chwycił jej rękę i przycisnął do swych zbielałych warg. Wołodyjowski zakupił za swoje i Basine sumy kilka wiosek w pobliżu Kamieńca, za które tanio zapłacił, bo już się byli płochliwsi ludzie pod strachem nawały tureckiej radzi w tamtych stronach wyprzedawali. A Basia: - Waćpana to robota; nie trzeba ich było ku sobie popychać. Na szable byłby wyszedł, alem ja tego nie chciał mając nikczemność krwi jego na uwadze. Nikt lepiej nad ciebie wszystkich sposobów nie zna, bo jako słyszę, krewnych jużeś wykupywał. Zosia spuściła oczy w ziemię, zakrywszy je całkiem powiekami, po czym zarumieniła się jak wiśnia, nie wiedząc, od czego począć, i zawstydzona bardzo, że jej w tak licznym gronie przychodzi głos zabrać. A ona na to: - Siła ja wytrzymać umiem. Tu zbrakło głosu małemu rycerzowi, bo się wzruszył bardzo i może dlatego nie spostrzegł, że te słowa jego nie zdawały się czynić na Krzysi zbyt mocnego wrażenia.


||||||||||||||||||||||